późniejsze przekleństwa - już na trzeźwo, zdecydowanie mogę wrzucić w nawias północnych myśli i rozmyć mżawką, zmiękczającą z wolna w tę piątkową noc chodniki przy ulicy św. Sebastiana.
zachęcona procentami doszła do głosu złość. nie do końca rozumiem jej wybór chwili na wielki powrót. podejrzewam, że musiały rozbudzić ją ostatnie sny, mimo że nocą, przypominające w pełnej jasności blaski i cienie zamierzchłej codzienności.
czekając na zielone światło, gdzieś między wrzuceniem na luz, a wciśnięciem gazu, zamyślam się nieraz wstecz. nie mało było końców świata, nowych ładów i mobilizacji wyczerpanych sił. a jednak, mimo braku wiary niedowiarków, dziś to ja nie dowierzam. nie śmiałabym chcieć obecnych rozdziałów, których sama nie napisałabym lepiej, patrząc w spis minionych treści.
kochaj mnie, to takie łatwe. brzmią wątło i przewrotnie rojkowe słowa, przebijając się przez wieczorną niespieszność krakowskiej kawiarni. a na dnie pustoszejącej filiżanki, niby niezauważalnie, układają się nieustannie przepowiednie kolejnych przyszłości.