do śniadania wypiłam pół litra

ale chyba cała wchłonięta kroplówka dosycha już na zmiętych chusteczkach, ukrytych pod szafką

szafką, do której wprowadziłam się po siedmiu dniach pełnej gotowości spakowanego plecaka przy łóżku. ostatni bastion optymizmu wypełniał do poranka szufladę

przynajmniej policzki przypomniały sobie, jak to jest mieć kolor

nic tak mocno nie rusza, jak niemoc

wczesną jesienią zawsze tęsknię najbardziej. próbuję przypomnieć sobie na policzkach ciepły prąd swobodnie przemieszczającego się ulicami wiatru. 

pewne wspomnienia, a bardziej iluzje, z poznańskich filarów mnie zawiodły, zraniły. nawet jeśli były już formą zamkniętą. żałuję, że były dla mnie tak ważne. choć po tych wszystkich latach zupełnie mogłam się tego spodziewać. i tak od dawna nie spodziewając się przecież niczego dobrego. z plusów pozwala to jednak jeszcze bardziej cieszyć się niełatwymi, ale naturalnymi decyzjami. to chyba dobrze mieć wciąż serce na dłoni. myślę więc z rozrzewnieniem o sąsiedzkich knajpkach i z łagodnością o sobie samej. 

o 3:36 rozsiadam się przy stoliku w nasłonecznionej witrynie Straganu zupełnie jakbym tam była. i staram się nie wspominać, że rzeczywiście miałam tam być.