jestem w tym dniu. zbieram starannie kawałki szkła, rozdzielone fragmenty całości, które jeszcze przed chwilą współtworzyły szklankę. kątem oka widzę śmiejący się wzrok mężczyzny w ciemnej, puchowej kurtce. liczy kawałki - i - na moje zawstydzenie. a ja jestem już o krok. żwawy, zwarty krok do nowego. zapełniając tackę składam jak puzzle moje wszystko, mieszczące się na drobnym stoliku. w końcu się ułoży, ukaże się zarys. ujrzę wyraźnie ten właściwy (

I origins

07.02.2020. dzień doskonały. z każdą minutą, wypełniającą się i nabrzmiewającą swym spełnieniem, żegnam się z osobna. gdyby odbywały się konkursy piękności wśród dni, z pewnością dziś miałoby spore szanse zapisać się w sposób szczególny w historii. i choć jest dniem zwyczajnym, wszak na ten moment jeszcze nie skończonym, ale pewnie nie noszącym znamion przełomu, jest dniem odstającym od reszty, zawieszonym gdzieś wysoko, znacznie wyżej ponad 88 metrów i znacznie dalej niż 599 kilometrów

(awtympowietrzuijegoniemalczerwcowejprzejrzystościjestczegośobietnica)
myślę, że (nie)dojrzałość to naprawdę wielka moc. jakaś siła pierwotna nieokiełznana. może zbędnie, ale jest to żywioł nieopanowany. lepiej wydrążyć nim skałę zawczasu.

poza tym widzę, że jednak nieźle odfrunęłam. frik i femina spod mocaka nie wzięła się znikąd (a dokąd?), nie wiem, ale nie jest mi źle. nie mam asertywności za złe wzrostu. jestem natomiast nieco zmieszana. może pora na f5

mając w głowie wszystkie trójki alternatywnych dzieci z wszystkich alternatywnych żyć, czuję łaskotanie, ale (i nawet nie powiem, że w normie) acceptable i constans. choć nie uważam tego za status szczególnie mi w życiu wystarczający. ajajaj

wiosna idzie z workiem zmian, a ja już wyczuwam mikro tąpnięcia i drgania spod jej stóp